ha, wróciwszy.
nawróciwszy się nawet. dopadła mnie mizeria dnia codziennego - oto z podkulonym ogonem, w obliczu (znowu?) kilograma nauki uciekam w ten kąt grafomański stricte, by nieść światu radosną nowinę o moim nicniechceniu. nicnierobieniu również. może po prostu jestem stworzona do pisania bloga w miesiącach ciepłych - ledwo wyszło słońce i wzniosło się wzniośle masłem maślanym nad dachem mojego falowca, a ja posadziłam cztery litery (urosłe ostatnio, o czym kiedyś) przed laptopem i zamiast czytania bardzo mądrej prezentacji oddaje się rzeczom pospolicie mniejszym :)
a może to dlatego, że się odchudzam i postanowiłam, żeby to gdzieś ku pamięci potomnych zostało zapisane, żeby to postanowienie o odklejeniu od swojego tyłka tej wielkiej dupy, która mi lata i rzuca cień na chodnik przestało tylko nieszczerze funkcjonować w mojej głowie. zajrzę tu jak już będę smukła i szczupła wakacyjnie. albo odwrotnie - jak waga nie pozwoli mi na nic innego, tylko na ruszanie ręką :P
skomentuj (1)
postanowiłam być dobrym człowiekiem :)
szczegóły wkrótce, bo w tej chwili mam we krwi efendrynę i całość musi pójść na edukację. od dziś nie jem, nie śpię, nie tracę czasu na sikanie, na sprawdzanie poczty, na mruganie i oddychanie. zakładam sobie pampersa, maszyny podtrzymujące funkcje życiowe i jedyne na czym się skupiam to mój mózg i mój egzamin.
owady atakują!
dzisiaj w nocy mój mały dom został poddany solidnemu szturmowi stawonogów. zaczęło się - tak przynajmniej myślałam - ode mnie. jak zwykle kiedy przez cały dzień bombarduję się niemalże dożylnie kofeiną nie mogę zasnąć i słucham po nocach radia maryja - o tym już było w którymś z wynurzeń. słuchanie radia wyklucza się z usłyszeniem bzyczenia komarów, krwiopijców pieprzonych, które postanowiły się mną dziś porządnie najeść i całą akcję przeprowadziły niesamowicie sprawnie. partyzantkę ułatwiły im z pewnością otwarte na oścież okna. w każdym razie o tym, że znajduję się w polu masowego rażenia aparatów kłująco-ssących zorientowałam się, gdy wszystkie fajne radiowe kawałki się pokończyły, na chwilę zapaliłam światło i zobaczyłam na swoich wszystkich czterech kończynach urodzaj bąbli. ale to nic, co tam komary, mówi się trudno i próbuje się zasnąć dalej.... zakryłam się kołdrą po uszy i miałam w dupie ich bzyczenie, kujki, przepoczwarczanie i pełne żołądki.
... a potem usłyszałam TO. nie wiem, co TO było, ale bzyczało 1000 razy głośniej niż komary i przestawało jak tylko zapalałam światło i próbowałam TO namierzyć i zneutralizować. zamknęłam okna, przez chwilę poczułam się jak we 'mgle' kinga, bo mi się uroiło w moim guzie mózgu, że słyszę chitynowy pancerzyk obijający się o szyby. jaaaasne ;) a potem po prostu spierdoliłam ze swojego pokoju z celownikiem na kanapę w pokoju gościnnym...która okazała się być zajęta przez mojego rodziciela. tatuś też spierdolił ze swojej sypialni, bo mu rybik wlazł do ucha i o 4 w nocy moja nieprzytomna ze zmęczenia matka wkładała mu zestaw mały laryngolog do ucha :)
ostatecznie tata został na kanapie, a ja zdesperowana poszłam spać na podłogę do siostry i do teraz słyszę to paskudne, złośliwe, złowrogie głośne bzykanie. bzyczenie. whatever. nie cierpię robactwa. to znaczy póki wiem, że sobie egzystuje najpewniej pode mną albo ze mną w śpiworze ale po mnie nie łazi, nie wchodzi mi do nosa i nie utrudnia zasypiania, to jakoś to znoszę. ale jak na mnie usiądzie, choćby to był paź królowej to mi się włącza jakiś atawistyczny instynkt ucieczki i destrukcji. ostatnio w ten sposób miotłą zaciukałam pięknego zielonego pasikonika, rest in peace ;)
za bardzo nie mam jak się rozpisywać. tylko coś wkleję, bo o mało z krzesła nie spadłam, kończyn sobie nie połamałam i nie zasikałam dywanu. takie rzeczy tylko w polsce! a ja mam w tym serwisie pocztę :) obciach, po prostu obciach!
nie jestem wrażliwa ortograficznie, póki rozumiem o co chodzi, ale w wypowiedziach normalnych ludzi na forach, blogach, na gadu i generalnie wszędzie, gdzie bytuje pospolity użytkownik internetu.
no ale do cholery - wiadomość dnia na głównej stronie portalu, który chwali się 8 500 000 kont? to jakaś farsa. nie wytrzymałam i wysłałam do o2 maila, że mogli by sobie redaktora zmienić na takiego, co chociaż gimnazjum skończył ;)
a oto hit dnia (wklejam jako dowód, gdyby przypadkiem akurat mieli tam kogoś z gimnazjum, kto im to poprawi...)
update : jestem mega zasmucona - już naprawili :D ale co moje, to moje! wiedziałam, że lepiej zapisać dla potomnych :D
update podejście drugie :
a w ogóle, skoro i tak już notka tryska chaosem we wszystkie strony świata to muszę napisać, jak bardzo mnie wkurwiają moi znajomi. w sensie - nie tyle osobowo oni, ale ich opisy na gadu komentujące postępy (a raczej ich brak) różnych reprezentacji w pekinie. na przykład teraz właśnie patrzę na opis 'pizdy nie siatkarze'. witki mi opadły, tym bardziej, że opis dumnie stoi przy słoneczku kolegi, który tak : sam ma metr sześćdziesiąt w kapeluszu, w siatkę gra gorzej ode mnie (a to jest wyczyn drodzy państwo!) natomiast na wszystkim zna się najlepiej. to od niego usłyszałam tekst, że nienoszenie zegarka świadczy o braku inteligencji (ratunku!!!). zdaję sobie sprawę, że on tym opisem nadrabia własny kompleks (a pewnie cały ich wachlarz), ale tak czy siak się we mnie gotuje.
nienawidzę pseudokibiców. nienawidzę zakompleksionych dupków. nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę.
sezon na leszcza. za dwa tygodnie obchodzę egzamin :D w związku z tym przygotowania ruszają pełną parą. jest kilka takich rzeczy, które mi się nieodzownie kojarzą z intensywną sesją.
klasyfikacja generalna maluje się następująco - na pierwszym miejscu xl, butelka litrowa - jakieś 5 zeta za solidną, szczęśliwą dawkę kofeiny, polecam schłodzone ;) co prawda potem ciężko odkleić żołądek od kręgosłupa, ale co sprytniejszym się udaje. drugie miejsce (ale z racji mojej skromnej bytności na prowincji - zdyskwalifikowane) - to nikotyna. nic tak nie budzi jak bose wyjście o 3 w nocy na pół papieroska na balkon ;) a trzecie miejsce - to obciachowe produkcje muzyczne, którymi się katuje, a które - często mimo braku formy, treści, linii melodycznej - działają dobrze na mój rosnący jak na drożdżach mózg.
od dziś właśnie zaczynam słuchanie swojej sesyjnej listy przebojów. 30 ton lista,lista... ;) żegnam się z dobrym smakiem muzycznym, płytę coldplay odkładam pokornie na półkę i startuję z ogłupiającą 'muzyką'.
tadam:
na miejscu 5 : cztery samce na klamce, piosenka o odliczaniu i ET
na miejscu 4 : abba team - the winner takes it all, the loser has to fall (co do mnie zdecydowanie przemawia)
na miejscu 3 : znów chłopaki ze śląska
na miejscu 2 : (uwaga, hity się zaczynają:D) ...bo cuda dzieją się...
na miejscu 1 : szał sezonu - czyli siła autosugestii w wersji kreskówkowej.
wstyd mi, ja się naprawdę wstydzę, ale ten mały zestaw relaksuje mi synapsy :D
update (czyli specjalność moja).
tak sobie pomyślałam, że skoro pochwaliłam się złotymi przebojami w kategorii 'motywacja' to - zgodnie z aktualnym nastrojem - chwalę się jeszcze kategorią 'kurwamać' :) i tak sobie myślę, że jest o 50% więcej kawałków z tej półki na rynku muzycznym niż z przedziału 'radujmy się, uwierzmy w siebie, peace, sex, drugs & rock'n'roll' ;)
a) o dolinie (dole? ;))
b) rozstaje
i sobie tą listę poszerzę jak mama przestanie krzyczeć, że nie będzie płacić za moje warunki :D i nie wiem, czemu mi się podkreśliło i nie chce się odkreślić... :/
ps. POOOOOLSKA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! BIAŁO - CZERWONIIIIIIII! :D
ciskam piorunami z oczu, nie schodzą mi brzydkie słowa z ust (mistrzostwo łaciny podwórkowej się kłania nisko), a moją dupę można porównać do płaskowyżu nazca. nie jest dobrze. nie jest kurwa dobrze...
na chwilę kryzysu prymitywnie zapuszczam sobie stare odcinki grey's anatomy.
cytat na dziś się kłania :
- Lekarze tak mają.
- Słucham?
- 4 lata w liceum, 4 lata w college'u, 4 na wydziale medycznym,kiedy kończymy szkołę, będąc pod trzydziestkę,nie robiliśmy dotąd niczego,co by nie było uczeniem się czegoś. Czas się zatrzymuje. Jesteśmy zapóźnieni społecznie. Wszyscy mamy 17 lat.To jak liceum ze skalpelami.
i na starość będę dziwakiem.
a mogłam organizować wesela :)
a propos wygranej naszych siatkarzy, przepięknej wygranej i a propos dialogów, również mam coś do zaserwowania na świeżo :D przykład jak studia,brak faceta i nauka mogą człowiekowi zrobić wodę z mózgu:
akt 1:
ja: będę do Ciebie przychodzić na herbatkę albo ze schabowym albo z Kadziewiczem ;P
oliwka: Kadziewicz?:D
ja: no, będzie w gdańsku teraz i maja treningi pod moim blokiem prawie, trzeba to wykorzystać ;)
oliwka: nie slyszalam o takowym ! :D
oliwka: skad Ty go masz w notesiku ?:D
ja: kochana, w jakim Ty swiecie zyjesz, bo ja chyba nie rozumiem, o czym Ty do mnie... nie mam go w notesiku :D mogę być co najwyżej krwiożerczą groupies ;)
oliwka: no nie znam go, nie pilam z nim wodki :D
(chwila przerwy w nadawaniu...)
oliwka: co wyklada?
didaskalia: tu następuje wklejenie zdjęcia pana reprezentanta, na wszelki wypadek, coby dziewczę miało pogląd na sytuację wklejam znalezioną, wygooglaną tapetę, z mnóstwem ujęć w różnych fryzurach.
akt 2:
oliwka: Ty,a ktory too?
ja: no ten wszedzie ... na calej tapecie :/
powinnam iść do nieba za oświecanie w sprawach beznadziejnych :D
i z wiadomości wp, tak do kompletu, żeby już więcej sportowych notek nie produkować :
'Pytana po meczu o opinię o wojnie jedna z rosyjskich siatkarek powiedziała. "Gruzja postąpiła głupio zaczynając z Rosją, bo Rosja jest bardzo duża, a Gruzja bardzo mała" - "błysnęła" intelektem zawodniczka.
Reprezentantki Gruzji nie miały wiele do powiedzenia o wojnie: mają gruzińskie paszporty, ale są Brazylijkami i przyznają, że były dotąd w Gruzji dwa razy.'
życie pisze najlepsze scenariusze, zdecydowanie ;)